AKTUALNOŚCI NASZE WPISY

Wycieczka w czasie

Zapraszam do dawnych Kęt

Czy pomyśleliście kiedyś o podróżach w czasie? Gdyby tak na przykład istniało biuro podróży oferujące nie wycieczkę do Grecji, Italii czy Wieliczki, ale eskapadę w dowolny czas z przeszłości? Na razie musi nam wystarczyć wyobraźnia i trochę wiedzy historycznej. Zapraszam na taką wycieczkę do Kęt sprzed pięciu wieków, pospacerujemy po dawnym Rynku, a może przekąsimy coś w domu któregoś z rzemieślników.

Jest letni czas, powiedzmy w połowie 1585 roku, a nasz wehikuł czasu przetransportował nas w pobliże jednej z bram miejskich, np. tej nieopodal kościoła Świętego Krzyża. Gdzie to jest, gdyby tak spojrzeć na dzisiejsze Kęty? To miejsce gdzieś na skrzyżowaniu obecnej ul. Ks. Stojałowskiego i ul. Świętokrzyskiej. Brama w drewnianym parkanie okalającym miasto jest otwarta. Tuż za nią nowy, bo niedawno postawiony kościół Świętego Krzyża i prawie prosta ulica biegnąca do Rynku. Parterowe, drewniane domy ustawione kalenicą równolegle do ulicy. Mają już kominy, nie tak jak wiele domów na wsiach, gdzie dym ulatywał przez otwarte drzwi lub maleńkie okienka.

Ile mogło być domów w Kętach? Otóż rejestry z tego mówią o 130 rzemieślnikach w Kętach. Dla porównania nadmieńmy, że stołeczny dla księstwa Oświęcim miał 74 rzemieślników, Zator – 60, Żywiec 22, a Wadowice – 47. Szacuje się, że w Kętach mieszkało wtedy nawet 700-800 osób. Liczyło w sumie 140 gospodarzy. Wliczeni w to byli owi rzemieślnicy, bo każdy sam musiał zadbać o swoje wyżywienie. Tylko 14 mieszczan nie uprawiało ziemi – patrycjusze! To było na owe czasy naprawdę spore miasto. Ilość domów szacowana jest na 150, a z przedmieściami (okolice Młynówki i Podlesie) nawet 200. Dlatego Kęty, tak jak stołeczny Kraków zapisują w swej historii wiek XVI jako „złoty wiek”. Dla porównania po potopie szwedzkim i splądrowaniu miasta, czyli niespełna sto lat później było tu 900 mieszkańców i sporo opuszczonych, podupadających posesji.

Pozostawmy te statystyki i ruszmy w miasto!

Idziemy dalej ul. Świętokrzyską i mijamy pierwszą ulicę gospodarczą, czyli dzisiejszą ul. Reymonta. Jest niespełna 70 metrów od rynku (miara: półtora sznura frankońskiego). Dalej, po naszej lewej stronie wyłania się ulica kościelna i już wtedy zabudowana działka przekątniowa, czyli narożna u zbiegu Świętokrzyskiej i dzisiejszej Mickiewicza. Wchodzimy do rynku i w perspektywie wyłania się nam ratusz. Jest wysoki i drewniany, modrzewiowy i stoi w północno-wschodniej ćwiartce rynku, bliżej dzisiejszego Urzędu Miejskiego. Obok ratusza są inne wyposażenia placu targowego: studnia, waga, komora celna i drewniane sukiennice. Pamiętajmy, że handel w mieście mógł się odbywać tylko w rynku i tu pobierano opłaty za prawo do robienia tu interesów. Targi odbywały się w soboty, ale w roku były też trzy tygodniowe jarmarki.

Wokół, w każdej pierzei stoi po osiem domów drewnianych z podcieniami. Niektóre domy mają już mieszkalne piętra z oknem wychodzącym na rynek ponad podcieniem. Nie ma już „miedzuch”, czyli około dwumetrowych przejść pomiędzy domami. Były pierwszą barierą ochronną przed przenoszeniem się pożaru. Zastąpiły je tzw. „brandmury” – to kamienne lub ceglane mury pomiędzy domami z drewna, one też były urządzeniami przeciwpożarowymi.

Chcecie kupić coś na pamiątkę? Może buty? Kęty słynęły z szewców, to dlatego nazywano nas „kopyciorze”. Jeszcze przed II wojną było w Ketach 50 szewców. Wchodzimy więc na podcienia i przyglądamy się wyłożonym na „rubie” (ławie pod oknem) butom. Przez otwarte okno widzimy warsztat, a w nim mistrza i kilku czeladników. A może to nawet jego synowie?

Odwiedziny i zwiedzanie domu

Szewc zaprasza nas do środka, bo widząc takich niecodziennych, dobrze choć dziwnie ubranych gości, już wie, że zrobi dobry interes. Mamy sporo wymienionej waluty – trochę srebrnych groszy i półgroszy, a nawet złote floreny i dukaty. Zachęcony naszym zakupem trzewików, daje się namówić na pokazanie domostwa. Z frontowego warsztatu przechodzimy do „czarnej kuchni” bez okna. Stoi tam wielki piec tak do gotowania, jak i ogrzewania i drugi do pieczenia chleba – świetne miejsce do spania, tak dobre jak i jego zapiecek). Za „czarną kuchnią” jest świetlica, pomieszczenie mieszkalne dla całej rodziny. Ale nasz szewc jest zasobnym mieszczaninem i już urządził dwa pokoje na pięterku, tam gdzie kiedyś był spichlerzyk i magazyn. Teraz mieszkają tam dzieci i jeden czeladnik.

Świetlica urządzona i umeblowana jest tradycyjnie: długi stół na środku, pod ścianami ławy i skrzynie na odzież oraz pościel. W kącie, do którego przylega kuchnia z piecem stoi duże łóżko gospodarzy. Służba śpi na ławach, najczęściej na zapiecku.

Podwórze jest długie i wąskie ma około 50 metrów. Rośnie tam kilka śliwek i grusza, a pod nimi są: kurnik, chlewik, dalej obora i brudny warsztat, gdzie wykonuje się pracę nieprzewidzianą dla oczu klientów. I oczywiście jest tam latryna.

Zaglądamy do obory i dziwią nas małe krowy, czy to cielaki, jałówki? – pytamy. Nie to dorosłe zwierzęta, ale jeszcze w rozmiarach średniowiecza – o 40-60 procent mniejsze od naszych, dzisiejszych krów. Pytamy ile mleka dają i po odpowiedzi (przeliczając na litry) stwierdzamy, że to około 600-700 litrów rocznie. Wiemy, że dziś w Polsce krowa daje ponad pięć i pół tysiąca litrów na rok. Dziesięć razy tyle.

Zotyłki i miód

Przez bramę wychodzimy na ulicę gospodarczą, Kęczanie mówili na te uliczki „zotyłki”, bo były usytuowane na tyłach domostwa – to dzisiejsze Reymonta, Różana, Ludowiki i Kazimierza Wielkiego. Uliczka za szewskim domem jest gruntowa, stosunkowo wąska, a za nią wznosi się duża stodoła. Za stodołą jest ogród, który dziś nazwalibyśmy nawet sadem, z pasieką. Kęczanie to zapaleni pszczelarze i wyrabiają najprzedniejsze miody pitne. Po te miody regularnie zjeżdżają do miasta kupcy ze Śląska (odnotowano to w kronikach pszczyńskich). I my ich pokosztujemy, może nawet u sąsiada naszego znajomego szewca. Ten nas przyuważył i też chciałby coś skubnąć od bogatych gości. Zaprasza właśnie na szklanice miodu. Jego dom jest nieco inny, jest dwutraktowy. Oprócz amfiladowo ułożonych pomieszczeń – od sklepu po świetlicę – dom przecina długa sień wyłożona w części kamieniem solnym i drewnianymi belkami.

Niestety zapachy w tej posesji nie zachęcają do dłuższych odwiedzin. Sąsiad szewca jest garbarzem i gdy wchodzimy do domu od strony podwórza mijamy kilka beczek z… moczem, który znoszą tu sąsiedzi. Ten jest niezbędny do wstępnego garbowania skór. A te, już pozbawione sierści i natłuszczone kupuje nasz znajomy szewc.

Idziemy coś zjeść

Wracamy na rynek i rozglądamy się za jakimś szynkiem lub karczmą. O jest, w rogu rynku, u zbiegu ulic na południe i na wschód (dzisiejsza Krakowska i Kościuszki). Jest tu spory zajazd i karczma. Mijamy piekarnię, z której płynie woń świeżego pieczywa – zdziwilibyście się ile gatunków chleba tu jest! Kilkanaście. Z posesji sukiennika (to też kęcka specjalność – sukna) dochodzą do nas zapachy gotowanego obiadu: kapusta, kasza, groch i chyba rozpoznajemy zapach gotowanej ryby. Nie ma jeszcze ziemniaków, dotarły już z Ameryki do Europy, ale jeszcze się nie upowszechniły. Minie wiek zanim trafią do Polski i będą najpierw uprawiane w ogródkach warzywnych a nie na polach. Nie ma też pomidorów, papryki, kukurydzy, truskawek, dyń, fasoli czy słoneczników. Mało kto, nawet wśród bogatych mieszczan choć raz w życiu jadł pomarańczę czy cytrynę. To rarytasy, nawet na pańskich stołach. Nie pito też kawy (tej prawdziwej) ani herbaty. Ten drugi napój, nazwany przesz Ambrożego Grabowskiego „kitajskim” (chińskim) trafi do nas dopiero w wieku XIX, i najpierw do aptek. A kawa bywała najwyżej zbożowa, z domieszką uprażonej mączki z żołędzi. Taką mączkę na przednówku nieraz dodawano do mąki żytniej, do chleba.

Ale co pito? Wody unikano, była niebezpieczna, bo niezbyt czysta, miała zbyt bogatą florę bakteryjną. Nikt oczywiście nie słyszał o bakteriach ale zatrucia pokarmowe były powszechne. Mleko oszczędzano na sery i masło, więc może trafiała się maślanka. Ale najczęściej pijano piwo, w Kętach w tym czasie w niejednym gospodarstwie był mały browar. Alkohol dezynfekował płyny i chronił przed bakteriami. Ale jeśli wyobrażacie sobie tamto piwo, jak to dzisiejsze, to wielce się mylicie. Było niepasteryzowane, mętne i dla naszych dzisiejszych gustów raczej niezbyt smaczne. Jeszcze w niedawnym – dla tego XVI wieku, w którym jesteśmy na wycieczce – w średniowieczu picie piwa było czynnością pokutną.

Chwila rozrywki

Już chcecie iść do karczmy, bo czujecie głód, ale nie tak szybko, drodzy państwo. Na rynku robi się mały szum, który narasta. Wreszcie słychać walenie w bęben i słychać kogoś, kto odczytuje jakieś pismo. Podchodzicie i już wiecie, że zaraz będzie widowisko. Jeden ze skrępowanych ludzi trafi pod pręgierz i tam postoi sobie dwa dni. To podmiejski partacz, czyli niezrzeszony rzemieślnik, który handlował bez opłaty i zezwolenia lewym suknem. Przyłapano go w bocznej uliczce, gdzie handlować nie było wolno. Jego towar właśnie płonie na rynku.

Drugi skrępowany jegomość ma mniej tęgą minę – dla niego to koniec występów na tym świecie. Napadł na księdza i obrabował kościółek. Teraz stoi i nawet nie spogląda w stronę składanej nieopodal szubienicy. Wróciła wczoraj z Wilamowic, gdzie ją wypożyczono.

Chcecie oglądać egzekucję? Niektórzy wycieczkowicze nie są na to gotowi…

Karczma

Wchodzimy wreszcie do ówczesnego fast foodu i rozglądamy się po obszernym pomieszczeniu. Stoły są masywne, z ławami, oczywiście nie liczcie na obrusy. Nie ma krzeseł, te upowszechnią się wiele lat później, teraz są zydle. Zapachy wędlin (wiszą nad kontuarem), śledzi w beczkach i gotowanych kasz wypełniają całe pomieszczenie. Nie czekajcie na kelnera, pojawi się sam karczmarz i poleci wam coś, co jest akurat na piecu. Ten posiłek to będzie przygoda, ostrzegam. Smaki są bardzo intensywne, bo doprawione czym się dało – niedrogo, ale intensywnie. Mięsko bowiem nie jest zbyt świeże – świnie bije się kilka razy do roku, a lodówek nie ma. Pewnie poczujecie to wieczorem, choć podany do niego chleb jest smaczny. Ale zanim spróbujecie mięsa, dostaniecie drewniane łyżki i michy z pulpą z kaszy. Na szczęście soloną, więc do przełknięcia. Podobna jest do gęstej owsianki i polana olejem rzepakowym. Radzę po tym posiłku wypić dużą szklanicę miodu pitnego, jest przedni, a do tego alkohol pomoże w trawieniu.

Zasiedzieliście się w karczmie, bo miód był pyszny, a i towarzystwo opowiadało ciekawe historie. Kiedy wychodzicie, jest już ciemno… i ani jednego światełka. Okiennice pozamykane, kominy wygaszone o latarniach nie ma co pisać, nie było ich w tym czasie.

Po spacerze w ciemnościach wracacie do karczmy na nocleg. Posłania są skąpe i choć pościel wyprana to raczej szara. Nie było proszków do prania i detergentów. Nie warto szukać w walizkach piżam, połóżcie się w ubraniu, ale bez butów. Zapewne są brudne po spacerach po zabłoconym mieście. Gdyby rano coś was swędziało, to warto wytrzepać ubrania, mogą być zawszone. Albo to pluskwy was pogryzły?

Pełni wrażeń z ochotą jednak wracacie do bram miasta. Tam za parkanem, w jednym z zagajników czeka na was wasz latający spodek – wehikuł czasu. Po powrocie do XXI wieku będzie o czym opowiadać.

Tekst i rysunki Marek Nycz

Przejdź do treści